
Regularnie o szóstej rano mój kot zwany czule Bubą (miał na imię Beau, jak słynny francuski dandys Beau Brumell, ale wyrósł cóż…na Bubę) ugniata mnie łapkami i czeka, aż obudzę się i wstanę nałożyć mu do miseczki jego ulubioną karmę.
Chociaż męczy mnie ta miażdżąca regularność porannego wstawania (ale potem najczęściej jeszcze wracam spać), to posłusznie idę i napełniam miseczkę, bo wiem, że ta regularność gwarantuje Bubie poczucie bezpieczeństwa, kosmicznego porządku i zadowolenie z życia. To nasz codzienny rytuał.
A rytuały są właśnie po to, żeby w chaosie znaleźć kosmos, w niepewności rzeczy stałe, a w powtarzalności spokój i uziemienie.Rytuały – w powszechnym, potocznym uzusie tego słowa – są wykonywane w praktycznie każdym obszarze życia. Są rytuały osobiste, których sekretną logikę i rekwizyty znamy tylko my – często to praktyki związane z codzienną toaletą, z porannymi ablucjami w łazience i wieczorną rutyną pielęgnacyjną. Są rytuały związane z dbaniem o poczucie przytulności domu – sprzątanie, stawianie kwiatów na stole, zapalanie świeczek. Są rytuały związane z przyrządzaniem potraw – rodzaje dań, ich kolejność. Są rytuały relacyjne – ja zawsze to, ty zawsze tamto, ta bluzka mówi o randkach, te perfumy o ochocie na seks.
Rytuały to również rutyny, ale nie wszystkie rutyny to rytuały.
Rutyna to rytuał, w którego magiczną moc i powagę przestaliśmy wierzyć, w którego metafizyczną siłę przestaliśmy ufać, który odbębniamy bez emocji i poczucia przywracania sensu, które przy rytuale nam towarzyszy. Rutyna – co jest zresztą w polszczyźnie zapożyczeniem od angielskiego routine kojarzy się z czymś, co wykonywać trzeba, co nie cieszy, ale jest konieczne do podtrzymania codzienności, co spychamy do niewdzięcznej roli „zła koniecznego”, tła tego co ma być bardziej ekscytujące, co ma być wyjątkowe, co ma „wyrwać nas z rutyny”.
Tak rozumiana rutyna to zwyczaj, który wykonuje się ze zobojętnieniem, który nic nie aktualizuje, nie ożywia, nie naprawia i nie porządkuje, a tylko automatycznie dokłada kolejne ogniwo w łańcuchu zdarzeń, repetytywnym, monotonnym, w tej monotonii ogłupiającym i zabójczym dla poczucia „tu i teraz”, dla poczucia żywotności. Rutyna to rytuał, który przestał mieć dla nas znaczenie, który zamienił się z manifestacji wolności i indywidualności w niewolnictwo.
Rutyny często pojawiają się w miejscach społecznych – w miejscu pracy, w transporcie publicznym – wystarczy czasem spojrzeć w twarz współpasażerów, żeby dostrzec tam nieobecny wyraz, który mógłby należeć do robotnika znad taśmy produkcyjnej, który ma za zadanie co chwila przykręcać śrubkę.
A jednak – choć w takich miejscach możemy się rozejrzeć za bliźnimi wykonującymi swoje rutyny chociażby w porannej choreografii miasta, z powodzeniem możemy odnaleźć obraz zrezygnowanej nieobecności także w odbiciu swojej własnej twarzy. Widziałam go nie raz.
Różnica między tym, czy będziemy na co dzień performować odżywcze i znaczące rytuały, czy raczej mechaniczne rutyny zależy od naszego (i bliźnich również – nie wszystkie przecież wykonujemy sami sobie i dla siebie) nastawienia tudzież stanu psychicznego. Człowiek w stanie depresyjnym, zaburzenia, kryzysu psychicznego nie ma zwykle siły, żeby wykonywać czynności z wielką wiarą w ich symboliczną skuteczność. Nie wierzy, że mycie zębów ukochaną pastą i zimny prysznic pomogą mu rozpoznać nowy dzień, nie wierzy, że upięcie sobie włosów na ulubiony sposób da mu trochę więcej pewności siebie, nie wierzy że medytacja pomoże odzyskać kontakt z ciałem, nie wierzy że kubek ciepłej kawy postawi wszechświat do pionu.
I to generalnie słusznie – to nie są magiczne czynności opanowujące świat. Wiara w ich magiczną moc to już rodzaj kompulsji, którą Freud nazywał natręctwem, a ich zespół to nerwica natręctw. Wtedy wierzymy, że musimy wykonać określone czynności w określony sposób, bo jeśli tak nie będzie – stanie się coś strasznego, od zmarnowanego dnia po koniec świata. Pradziaduś Freud nie oceniał rytuałów jako odżywczych praktyk, widział w nich raczej usystematyzowane społeczne nerwice, które mają nas chronić przez trudnym do zniesienia realnym – tym mianowicie, że nie mamy nad rzeczywistością żadnej kontroli, a kosmos jest pewną iluzją, którą praktykuje nasze superego. Krótko mówiąc – religie i inne systemy, gdzie ważne są porządkujące praktyki symboliczne to raczej konieczna nerwica społeczna, w której musimy żyć, żeby budować cywilizację.
Każdy ma nerwicę, w jakimś stopniu, jest ona – zdaniem psychoanalizy – po prostu wpisana w nasze człowieczeństwo.
Kimże jestem, żeby sprzeczać się z pradziadusiem, szczególnie jako antropolożka, nie zaś koleżanka po fachu, jako antropolożka jednak nie mogę nie zauważyć, że rytuały społeczne mają swoje źródła nie tyle (albo nie tylko) w naszej potrzebie ochrony przez światem czy w potrzebie zapanowania nad nim, co w naszym odruchu tworzenia siebie. Oczywiście, mamy ciało, jesteśmy dzikim mięsem, ale nie jesteśmy w stanie funkcjonować w kontakcie z biologią, bo zawsze widzimy siebie za pośrednictwem kultury. Pokrywa nasze ciało nawet kiedy jesteśmy nadzy, kiedy nie mamy przy sobie ani na sobie, żadnego jej rekwizytu, wtedy także działa swoją symboliczną siłą, bo zostaliśmy w nią wpuszczeni zaraz po zaczerpnięciu pierwszego oddechu.
Są rytuały związane z podtrzymaniem naszego życia i poczucia siebie, które są nie o kontroli tego, co zewnętrzne, ale tego co wewnętrzne, tego co jest mną.
Nie pogrzebiemy sobie literalnie w umyśle, ale z powodzeniem możemy symbolicznie to zrobić, dostać się do somy naszego systemu nerwowego poprzez naszą psyche – duszę, poczucie tożsamości, swojości, zwał jak zwał.
Psyche działa na symbole, gesty, rytmy, nasze ciało pamięta o symbolach i ich sile poprzez gesty, kroki, miny, powtórzenia – za pomocą takich codziennych performansów wykonujemy cud przypominania sobie, kim jesteśmy, jak chcemy być i żyć. Na co dzień nie zauważamy tej cudownej mocy, łatwo nam popaść w rutynę, nie odczuwać mowy ustanowienia, odnowienia, życia, szczególnie kiedy w życiu dominuje smutek i ból.
Ale siła tych rytuałów dbania o dobrostan polega na tym, że zaczynają działać, nawet jeśli chwilowo się w nie wierzy, bo są tak wymyślone, żeby pomagać nam wracać do siebie.
Prawda o tym, jak ogromnie są ważne odsłoniła mi się, kiedy pracowałam nad książką “Rzeczy osobiste” i przeczytałam świadectwo Ocalałego, Primo Leviego.
Primo Levi był muzułmanem, czyli osobą, która przestała wierzyć w sens rozpoczynania kolejnego dnia, czekał na śmierć pod swoim barakiem. Ale zobaczył, że jego przyjaciel wykonuje takie ruchy, jakby się mył. Myślał, że albo on albo przyjaciel postradał zmysły – przecież tu nie było mydła, wody, dlaczego on udaje, że się myje. Podzielił się z przyjacielem tym pytaniem – ten odparł, że to jego sposób na to, żeby pokazać sobie i innym, że nie godzi się na pozycje ofiary, na postawienie go w roli kogoś, o kogo nie warto się troszczyć, kto nie ma prawa do swojej jednostkowości, do swojej własnej biografii i codzienności.
Postanowił przypomnieć sobie, jak to było, kiedy wstawał jako on sam i się mył, jakie to były ruchy, jak pamięta siebie, swoje ciało. Okazuje się, że ręce wiedziały co robić, a umysł za tym poszedł – przyjaciel przypomniał sobie o tym, kim jest i odzyskał nadzieję. Każdy kolejny raz, kiedy wykonywał tę codzienną niedocenianą rutynę, był rytuałem, który budził go do walki i do nadziei. I Primo, chociaż był pewny, że przyjaciel oszalał, również postanowił spróbować – i ku swojemu zdziwieniu poczuł, jak wraca mu siła i chęć do życia. Podźwignął się ze zmuzułmanienia i przetrwał.
Ta historia tylko z pozoru jest odległa od współczesności. Pokazuje ona bowiem tylko i aż tyle, że to, co wykonujemy codziennie może nas wzmacniać i budować – ku życiu. Nie musimy tego kupować za pieniądze, mamy to wpisane w nas – i jeśli tylko nie będziemy usiłować kontrolować świata, a zaufamy temu, jak poprowadzi nas nasze ciało – nawet jeśli umysł na początku nas będzie strofował.
Rytuały naszego ciała zabiorą nas ku ocaleniu, obudzą w nas iskrę, przypomną o czymś, o czym już dawno nie ważyliśmy się pamiętać.
W świecie, który nas terroryzuje rutynami, który produkuje dla nas mnóstwo fałszywych rytuałów sprzedawanych za grube pieniądze, potrzeba nam – pojedynczo, w parach, w grupach, zwrócić się do rzeczy niezmiennie człowieczych, które naiwni antropologowie tropią od czasów, kiedy przemierzaliśmy jako plemiona dziewiczą naturę – potrzeba nam rytuałów, które przypomną nam o tym, że cudem jest to, że żyjemy, razem i każdy z osobna.
Główna ilustracja: Natalia Jura

Karolina Sulej – pisarka, gamewriterka, podcasterka, kuratorka. Autorka takich książek jak „Rzeczy osobiste” oraz „Ciałaczki. Kobiety, które wcielają feminizm”. Doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej.
Posiadaczka trzech kotów.





