
„We are one sound” – mówi głos z offu, a ja oglądam na obrazku dziewczyny spędzające czas na plaży. W pewnym momencie ubierają na siebie złote kurtki i spódnice z frędzlami. Wyglądają, jak Dolly Parton na imprezie. Mimowolnie się uśmiecham. Potrzebuję wakacji, potrzebuję beztroski i kontaktu z ludźmi, który nie ogranicza się do small talku lub spraw do załatwienia.
Znam u siebie ten stan: doprowadzona do granic możliwości i wytrzymałości organizmu próbuję wmówić sobie, że nie ma innej opcji, jak tylko dalej biec w kołowrotku chomika. A kto popłaci rachunki, kto utrzyma dom? Co, jeśli nie podejmę się kolejnego zlecenia i wezmą do niego kogoś innego, a o mnie zapomną? Im więcej pracuję, tym bardziej się boję. Moja mama i babcie boją się również – o moje zdrowie. Ciągle powtarzają, abym się oszczędzała i nie katowała kolejnymi projektami. Jak łatwo się domyślić, irytuje się na to ich gadanie.
Ale wtedy jesteśmy tym „one sound” – wzajemnej troski, dbania o siebie i relacji. Międzyrodzinna jedność. No właśnie: bo co to jest „konflikt pokoleń”? Używamy tego zwrotu zawsze wtedy, kiedy chcemy opisać napięcia między babciami, matkami i córkami. Między starszym panem, a jego trzyletnim sąsiadem. Między rodzicem, a dzieckiem, nastolatkiem i nauczycielką.
W ten sposób tłumaczymy również trudy macierzyństwa. Że poświęcenie, zawieszeni na kołku swojej tożsamości i wieczne usługiwanie: dzieciom, mężowi, stryjkowi i psu. „Matka Polka” brzmi jak utytłana podomka trzepocząca na pomniku zbudowanym z naszych własnych wyobrażeń o ciepłym obiadku, podtartej pupie i odrobionych lekcjach. Zmordowana kobita nic tylko rodzi, opiekuje się i sprząta. Czy w XXI wieku wypada jeszcze myśleć tak o matce? Tej zabieganej i zapracowanej – fakt – kobiecie, która ma zainteresowania nieco bardziej wysublimowane niż gotowanie grochówki w wielkim garze?
Wiele badaczek zajmujących się pracą opiekuńczą stawiają tezę, że najwyższy czas przygotować się na prawdziwą rewolucję w postrzeganiu macierzyństwa. Piszą, że postromantyczny mit zanurzony jest w narodowych ideałach, a figura matki personifikuje ojczyznę, kraj, naród. Podtrzymuje to nasze poczucie przynależności, spokoju i ciągłości. Dodałabym do tego jednak współczesny mit Supermatki, gdzie oczekuje się od niej nie tylko „usług opiekuńczych”, ale i zadbanego wyglądu, niezależności ekonomicznej i dobrego wychowania dzieci (zajęcia dodatkowe, rozwój już od niemowlaka, masaże, zabawy kreatywne i tak dalej). Zetknięcie tych dwóch postaw musi rodzić nie tylko opór samych zainteresowanych ale i paradoks wykluczających się postaw: aktywnej i biernej. Jako Polka poświęcam się na rzecz dzieci, jako Super Woman realizuje też swoje ambicje. Oj, coś tu się nie klei.
I wtedy zaczynają się te wszystkie: „bo ja w twoim wieku”, „za moich czasów”, co jest błahe i nudne. A przede wszystkim zwykle mija się z prawdą.
Często jest bowiem tak, że przyzwyczajamy się do pewnych sformułowań używając ich w różnych kontekstach. Nieco bezmyślnie, jakby z rozpędu. A kiedy naciśniemy sobie pauzę i rozejrzymy się wokół to może okazać się, że zlepek słów nie niesie już za sobą żadnych konkretnych treści lub treści te straciły swój sens.
Oczywiście, można im nadać nowe znaczenie. I tak z „Matki Polki” łatwo zrobić pozytywne określenie na ambitną, silną kobietę, która potrafi znaleźć się w nowoczesnym świecie będąc jednocześnie przywiązana do rodziny. Ale zaraz pojawia się pytanie: co to znaczy „rodzina”? I znowu trzeba rozejrzeć się wkoło. Tak zwane „patchworki”, czyli nowa żona taty i jej dzieci oraz nowy mąż mamy i jego dzieci spotykają się przy wigilijnym stole. Czy wszyscy oni stanowią rodzinę? A co z dziadkami, co z przyjaciółmi? Nie można bać się zadawać takich pytań, bo to nie zamach na „tradycyjne wartości” tylko odnalezienie nowych znaczeń na stare określenia.
A co z rodziną z wyboru? Znowu wracam myślami do spotu Answear reklamującego najnowszą kampanię. Dwie dziewczyny: może siostry, partnerki, a może przyjaciółki? Na własnych zasadach kreujące relacje między sobą. Będące dla siebie wsparciem i radością. Może są dla siebie niczym matki: czułe i wspierające?
Można zwyczajnie porzucić zastane mity i stworzyć coś od początku – zamiast „Matki Polki” po prostu „matkę”, „opiekunkę”. Wręcz: „przyjaciółkę?” Wiem, nie zawsze to prawda, ale spróbujmy. Nie będzie za tym szła cała ta otoczka udręki i służby na kolanach.
Wychodzi na to, że właściwie nikt tych mitów już nie pragnie, zawalają tylko drogę. Stanowią jednak nadal skuteczną broń w walce z podmiotowym traktowaniem matek. Weźmy taki „urlop macierzyński”. A dlaczego macierzyński, a nie rodzicielski? Gdzie są ojcowie? Nie chcę słyszeć argumentu o karmieniu piersią, bo to żenujące sprowadzanie rodzicielstwa do funkcji biologicznych. Kolejny problem: rynek pracy. Czemu tak wiele poświęca się czasu na pomoc kobietom w powrocie do wykonywania zawodu? Bo w pracy są wiecznie na cenzurowanym. To one są „pracownicami- matkami”, które z pewnością zaraz pójdą na zwolnienie, bo dziecko chore, bo trzeba je odebrać z przedszkola. Tak, jakby Matka Polka w podomce próbowała połączyć rzeczy niemożliwe: skupienie nad wykonywanym zadaniem i patrzenie, czy dziecko nie ma gorączki. A gdzie „pracownik- tata”? On nie ma takich problemów? Cóż, może dlatego, że nikt nie patrzy na niego przez pryzmat XIX wiecznego mitu.
Nie sądzę, aby zwykła rezygnacja z używania krzywdzącego sformułowania doprowadziła do realnych zmian w życiu matek. Ale często zastanowienie się nad tym, jaki sens niosą używane przez nas zwroty jest pierwszym krokiem do zmiany myślenia. Na początek w sferze językowej, ale czymże jest język: naszym symbolicznym skrótem niezbędnym do komunikacji. To symbolicznie pożegnajmy Matkę Cierpiącą i zacznijmy myśleć o niej na nowo. A nuż to zadziała i coś się zacznie zmieniać?
Podobnie z „konfliktem pokoleń.” Nie ma sensu dłużej ciągnąć tego krzywdzącego stereotypu, że zawsze jest tu napięcie wynikające z wieku i doświadczenia. Owszem, różnie się układają te kontakty, ale bywa też świetnie. Po premierze mojej powieści „Tyłem do kierunku jazdy”, gdzie transpłciową bohaterkę Magdę wspiera przebojowa babcia, dostałam wiele maili i opowieści na spotkaniach autorskich dotyczących własnych babć. Były to wzruszające wspomnienia i anegdoty. Poczułam, że możemy myśleć o byciu jednością, a przede wszystkim wsparciu od bliskim nam osób. I nie ma sensu brnąc w sztampowe określenia, bo nie są odbiciem rzeczywistości. Liczy się jedność, nawet chwilowa, zależna od sytuacji. Ale jakże ważna.
Główna ilustracja: Natalia Jura

Sylwia Chutnik – pisarka, publicystka, działaczka społeczna i wykładowczyni akademicka. Felietonistka ,,Polityki”, „Wysokich Obcasów” i wielu portali internetowych. Laureatka nagród literackich i społecznych. Zasiada między innymi w Kapitule Nagrody im. Olgi Rok, Kapitule Obywatelskiej Naukowych Nagród “Polityki” oraz w Radzie Fundacji Feminoteka. Doktorat obroniła w Instytucie Kultury Polskiej UW.
Wokalistka punkowych zespołów. Prowadzi podcast Radio Sylwia.
Zdjęcie: Nowy Teatr





