Przeczytasz w 6 min 16 lip 2024

Karolina Sulej: Zielona słuchawka

tekst: Karolina Sulej
Przeczytasz w 6 min

Mądrzysz się. Nie pyskuj. Popisujesz się. Koleżanki ci nagadały. Upadłaś na głowę. Znowu coś ci się uwidziało. Bądź rozsądna! Zawsze, kiedy mojej mamie nie podobało się to, co mówiłam jako jej dorastająca córka, wygłaszała taką albo podobną formułkę i nieuchronnie dodawała potem, co jej zdaniem mam zrobić.

Nie miałam nawet pomysłu, żeby mnie wysłuchać. Moją własną opinię, każdą decyzję, której nie przyklaskiwała, uznawała za objaw chwilowego postradania zmysłów albo wyprania mózgu przez jakąś (ewidentnie jej zdaniem) nieżyczliwą osobę. Idea rozmowy jako wymiany, która prowadzi do nowej jakości, była jej obca. Była bardzo zdzwiona, że moje przekonania i działania nie są odbiciem tego, co ona sama uważa. A uważała wiele i była bardzo pewna swoich racji – na pewno sprawdzało się to w jej korporacyjnej pracy na menedżerskich stanowiskach, ale w naszej relacji było to źródłem nieustannych konfliktów – ja nie chciałam być zarządzania i nie miałam pomysłu, żeby wyrastać na młodszą wersję młodziej rodzicielki, co ona brała do siebie. Bo jak to! Przecież ona chce dla mnie jak najlepiej!

Moje dorastanie i kształtowanie tożsamości odbywało się w nieustannej opozycji, mimo mamy, na złość mamie, obok niej, poza jej zasięgiem. Jej nadopiekuńczość, której nie zauważała, odbierała mi sprawczość, osobność i chęć wymyślania rozwiązań po swojemu. Ona zarządzała domowymi strategiami życia, ja robiłam wszystko, żeby opracowywać taktyki unikowe. Właściwie nie nigdy rozmawiałyśmy, tylko wymieniałyśmy się emocjonalnymi komunikatami, w ogóle siebie nawzajem nie słuchając, zakleszczone w schemacie walki na śmierć i życie. Mama – o to, że jej życie jest warte powtarzania (przeze mnie), a ja o to, że moje życie jest warte przeżycia (po mojemu). Matka wszystko prasowała. Do dziś nie znoszę prasować. Matka nie lubiła podróżować. Im dalej i więcej tym dla mnie lepiej. Mama bała się ryzyka zawodowego. Ja nie znoszę spokojnych etatów. Mogłabym tak długo wymieniać. Przyzwyczaiłam się do tego, żeby silna osobowość mamy mnie nie zdominowała, muszę być w każdej chwili gotowa na odparcie szturmu kolejnej dobrej rady albo krytycznej uwagi.

Nawet kiedy dorosłam, wyprowadziłam się z domu, wciąż wiele rzeczy robiłam przeciwko (już tylko zinternalizowanej) mamie, z lęku, że kiedy przestanę, to stanę się wytresowanym według jej życiowych przekonań dzieckiem. Zamiast widzieć w mamie człowieka, widziałam tylko siłę, która mi zagraża. Bałam się zatrzymać, bałam się, że jeśli przestanę robić to, na co nigdy nie wyraziłaby zgody stanie się to, czego najbardziej się obawiałam – stanę się, taka jak chciała, żebym była – z perspektywą korzystnego zamęścia, bezpiecznym etatem, wyregulowanymi brwiami, uprasowaną spódnicą, ułożonymi włosami, bez niepotrzebnych filozoficznych rozkmin.

Chciała mnie ochronić przed lękiem przed śmiercią, troskami o finanse, ocenami społecznymi, wiem to  dziś – ale w swojej trosce była upiornie uparta, upiornie nieświadoma tego, dlaczego tak postępuje i metodycznie ignorowała moje uczucia – bo dziecko, co ty wiesz!  Nawet, kiedy byłam już koło trzydziestki wciąż potrafiła wparować do mieszkania, żeby mi je „lepiej posprzątać”, potrafiła wygłosić radykalnie nieprzyjemne opinie na temat moich wyborów relacyjnych czy zawodowych. Nie potrafiła przeciąć pępowiny. Choć nie potrafiłam być wystarczająco stanowcza, nie przyznawałam się przed sobą, że jej opiekuńczość także jest mi czasem na rękę, że kiedy czegoś potrzebuje na szybko, to dzwonię do niej i wtedy nic dziwnego, że czuje się potem w mocy i w prawie. Chciałam mieć mamusię, która mnie wyręczała, ale bez tej, która mnie ograniczała. To się nie mogło udać. Musiałam wybaczyć nie tylko mamie, ale też sobie, że nie umiałam lepiej. Jak zawsze – it takes two. Byłam tym bardzo zmęczona, ona chyba też, ale byłam też przekonana, że to się nigdy nie skończy – jeśli któraś by odpuściła, to znaczyłoby przecież, że ta właśnie przegrała, a w raz z nią, wizja życia jakiej broniła.

Na szczęście pewnego pięknego dnia trafiłam na odpowiedniego terapeutę, który puścił nić i pokazał mi wyjście z labiryntu, w jakim od lat działałyśmy. Przekonał mnie, że warto mówić: „kocham cię”. To nie było łatwe – ale kiedy przestałam wierzgać i się bać tej czułości i bezbronności, jaką niosło za sobą to stwierdzenie, wszystko stało się łatwiejsze. Widziałam, że matka obdarowywana takimi wyznaniami przechodzi ten sam proces, co ja – zdziwienia, podejrzliwości, w końcu rozczulenia.

Nasze rozmowy straciły swoją poprzednią strukturę, zaczęłyśmy wymyślać nową i okazało się, że możemy wyjść z roli, jakie dla siebie napisałyśmy to jakiś nowych, bardziej adekwatnych występów rodzinnych.

W pewnym momencie poczułam, że już nie jestem dzieckiem, które walczy o autonomię, że to się naprawdę skończyło, mojego życia już mi nikt nie zabierze – muszę więc wybaczyć matce i poznać człowieka w niej albo go nigdy nie poznam i tak umrzemy. A byłam go ciekawa. Moim znajomym mama mówiła często więcej niż mnie samej i to były z reguły ciekawe rzeczy – była interesującym człowiekiem, którego ja widziałam zredukowanego do ograniczającego rodzica, z którym ustawiłam sobie pewien schemat. Nie chciałam już w nim siedzieć, też z egoistycznych powodów. Byłam też ciekawa tego, kim ja będę, jeśli nie będę już zbuntowaną córką.

Dziś, po już dobrych kilku latach budowania naszej relacji od nowa, widzę, że jest u nas o wiele więcej serdeczności. U mnie jest więcej siły, którą jednak nie chce się popisywać, bo jestem jej pewna. U mamy więcej słabości, którą pokazuje, ale to odbieram jako siłę – odwaga do pokazania wrażliwości to trudna umiejętność. Mamie, emerytce chcę pokazać, że skoro wyzwoliłyśmy się z naszych schematów, to niech wyrwie się ze swoich własnych i znajdzie w życiu więcej wolności. Wiem, że dlatego odmawiała mi mojej, że kiedyś w jej wolności coś musiało ją przestraszyć. Wiem, że jej relacja z moją babcią nie weszła nigdy w fazę naszej serdeczności i wiem, że cieszy się, że myśmy tego nie powtórzyły, że widzi to, jak teraz potrafimy rozmawiać. I oczywiście – nadal ma swoje momenty, potrafi dzwonić po kilka razy dziennie, zaniepokoić się tym, że gdzieś jadę, czy na pewno mam zakupy, przejmować się zwykłym moim przeziębieniem. Ale kiedy zwracam jej na to uwagę, już się nie wkurza, tylko śmieje, przyznaje mi rację. Jest to nasze generacyjne osiągniecie. Przeszłyśmy razem trudna drogę negocjowania granic wzajemnych kobiecych tożsamości.

Łączy też nas jedna nerwica, z która każda radzi sobie po swojemu. Mama wie, że ją ma, ale uznaje, że „po prostu się martwi”, ja się na nią leczę i co lepiej mi z tym idzie. Kiedy pozwalam sobie na jakiś nerwicowy komentarz, wyparcie nie przeszkadza jednak mamie powiedzieć, żebym posłuchała siebie, bo brzmię jak ona, kiedy ją krytykuję. Widzę więc, że zaszła między nami wymiana nie tylko nastawienia, ale też pojawił się inny niż opresyjny rodzaj troski. Już nie przeraża mnie fakt, że jestem do mamy podobna – widzę, że inaczej tym obracam i nawet mnie wzrusza fakt tego generacyjnego połączenia, ta tajemnicza więź biologicznego zapisu, który się we mnie ucieleśnił.

Rozmawiamy często – ale kiedyś każdy telefon wywoływał ścisk w żołądku i myśl „co teraz będzie”, a teraz nie czekam aż telefon stanie się czerwonym nieodebranym tylko często sama naciskam zieloną słuchawkę, żeby usłyszeć, co tam. Mam poczucie komitywy. Kiedyś, to że mnie nie rozumie, wywoływało u mamy niej niepokój i poczucie zagrożenia. Teraz odpuszcza, a nawet mówi – wiesz lepiej. I jest dumna, że wiem lepiej.

Na szczęście okazało się, że nie zwarłyśmy się w tym matko-córczynym konflikcie tak bardzo, żeby nie zostawić sobie miejsca na ruchy w polu człowieczeństwa. Staramy się nie negocjować już w naszych dialogach władzy, ale raczej badać uczucia.

Nie mam dzieci, nie pokażę więc swojej córce, że można wyjść nawet z bardzo głębokich schematów, ale cieszę się, że potrafiłam to pokazać córce we mnie samej, a moja mama matce w niej.

Główna ilustracja: Natalia Jura

Karolina Sulej – pisarka, gamewriterka, podcasterka, kuratorka. Autorka takich książek jak „Rzeczy osobiste” oraz „Ciałaczki. Kobiety, które wcielają feminizm”. Doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej.

Posiadaczka trzech kotów.

Przeczytaj inne artykuły