
Znam ludzi, którzy nie śledzą wiadomości, bo wiedzę o świecie czerpią ze stories. Nie muszą oglądać najmodniejszych seriali, bo wszystkie one streszczone są w memach. A znowu rolki uczą ich makijażu, przesadzania kwiatów czy interakcji z osobami w spektrum. Można się w ogóle nie rozglądać wokół, wystarczy poscrollować.
Memy. Dużo memów. Gdyby nie filmiki z sieci oraz obrazki, to życie byłoby dla mnie nie do zniesienia. Tylko dzięki kpieniu absolutnie ze wszystkiego jestem w stanie jeszcze jakoś funkcjonować. Ironia i specyficzny język skrótowego opisywania rzeczywistości stał się tematem niejednego opracowania naukowego. Niezależnie jednak od tego, na ile obrazki mają swoje przypisy i bibliografię, to śmieszą i relaksują. Są niczym nagroda po ciężkim dniu albo prokrastynacja, kiedy musimy coś zrobić, ale zawieszamy się w czasie i latamy od jednego obrazka do drugiego.
Najlepiej oczywiście smakują wesołe historyjki ze zwierzątkami. Nie ukrywam, że widok pieska robiącego śmieszne miny lub wkurzonego kota w połączeniu z muzyką lub podpisem jest dla mnie niczym drink (alkoholu nie piję, więc może tym samym szukam jakiś innych zamienników). Kiedy jest mi źle, to częściej sięgam po media społecznościowe, ale omijam kolejne awantury – jeśli się da! – i boczkiem, niewidocznie dla reszty, wchodzę na profile z najbardziej Żenującymi Żartami. No i ze zwierzątkami. Przy kolejnym obrazku zaczynam mieć jednak wyrzuty sumienia. I nie chodzi mi tylko o stratę czasu, bowiem między innymi dzięki terapii wiem, że nie jestem robotem i nie muszę robić tylko tego, co jest „wydajne” i co się
„opłaca”. Potrafię więc (no dobrze: staram się) relaksować bez wyrzutów sumienia.
I teraz wchodzi typowa postać Feminist Kill Joy, czyli ta, która zepsuje zabawę. Ze srogą miną obwieści, że to w ogóle nie jest zabawne, nie wypada i ogólnie zło.
Bo chodzi mi o sam sposób relaksowania się. Jakie bowiem świadectwo stawia sobie człowiek, który przebiera psa w fikuśne wdzianko, a następnie wsadza na iRobota i filmuje, jak się zwierzak porusza po mieszkaniu? Czy nie jest to kolejna, tym razem na potrzeby internetu, odsłona cyrku? Przyznam się, że jako osoba niejedząca mięsa od ponad 25 lat i przeciwna tresurze mam moralne rozterki. Kryzys egzystencjalny przy memciach? Otóż to.
Kim są dla nas zwierzęta: czy naprawdę karmimy je i udomawiamy tylko po to, aby sobie potem z nich robić żarty? Tak, wiem, „żaden zwierzak nie ucierpiał na planie”, ale samo podejście do niego jest upadlające.
W książce Sunaury Taylor „Bydlęce brzemię” mowa jest o podobieństwach między nami a istotami nieludzkimi. Zresztą sama autorka wie o tym doskonale – jako osoba z niepełnosprawnością wielokrotnie słyszała, że jest podobna do małpy. Zaczęła więc zastanawiać się, czy ta obelga, bo w takim tonie kierowany był ten komunikat, nie jest przypadkiem komplementem lub po prostu stwierdzeniem faktu. Nie chodzi tu tylko o ewolucję, ale bliskie związku świata zwierząt z naszym. Podobieństwa, ciała, gesty, mimika i zachowanie: wszyscy jesteśmy animalistycznym kręgiem. Tak twierdziła również królowa Puszczy Białowieskiej, czyli Simona Kossak.
I kiedy oglądam filmik z kotem strącającym kolejną szklankę, to widzę małe dziecko, które robi podobnie. A kiedy obserwuję, jak wspomniany przeze mnie wcześniej pies jeździ po podłodze, to widzę nudzącego się człowieka, który z braku innych rozrywek wsadza żywą istotę na maszynę i każę wirować rozbijając się o inne sprzęty. O kim więc jest to film? W istocie o naszej cywilizacji, która uwielbia dominować, podbijać i kolonizować, aby potem wykorzystać do swoich celów. Konie wojskowe, muły do przenoszenia ciężarów czy słonie stojące na jednej nodze w czasie cyrkowego show – znamy.
Podobnie pudelki paradujące po kolejne medale czy koty z przypiłowanymi paznokciami leżące na wystawie. Wszystko ma nas bawić, podniecać i wprawiać w dobry humor. Ewentualne zażalenia nie będą rozpatrywane, bo nikt ich przecież nie napisze. No już z pewnością nie zwierzęta, które zwykle nie mają swojego rzecznika (kilka organizacji pozarządowych to wciąż za mało). Dlatego też relaksując się przy kolejnym prześmiesznym numerze sama dla siebie staje się psujzabawą, wciskam pauzę i głośno zadaję sobie to pytanie: właściwie z czego ja się śmieję, a raczej z kogo?
Uważam, że w dobie kryzysu klimatycznego i skandalicznego niszczenia planety, w tym zabijania kolejnych gatunków musimy zadawać sobie to pytanie. To nie tylko kwestia moralności i wartości, które wyznajemy, ale również obowiązku refleksyjnego myślenia o naszych i zwierzęcych relacjach. Czy nadal chcemy podporządkowywać sobie innych czy raczej żyć z nimi na zasadach względnej równości (rozumianej na przykład jako brak przemocy, w tym symbolicznej). Tak, wiem, to tylko mem, filmik wrzucony dla zabawy. Po co to roztrząsać? Otóż dlatego, że w kulturze popularnej służącej do miłego spędzania czasu, jak w soczewce widać to, w jaki sposób zorganizowany jest nasz świat. Nadal to właśnie my – ludzie – jesteśmy panami decydującymi o tym, co każdy ma robić. Warto się nad tym zastanowić, nawet kiedy próbujemy wyłączyć myślenie.
I tak, nadal chichoczę oglądając dwa koty ganiające się po ogrodzie. Tylko mam gdzieś z tyłu głowy, że gdyby to one założyły sobie konto na Tik Toku i pokazywały wyczyny ludzi, to dopiero by było zabawnie.
Główna Ilustracja: Joanna Żybul

Sylwia Chutnik – pisarka, publicystka, działaczka społeczna i wykładowczyni akademicka. Felietonistka ,,Polityki”, „Wysokich Obcasów” i wielu portali internetowych. Laureatka nagród literackich i społecznych. Zasiada między innymi w Kapitule Nagrody im. Olgi Rok, Kapitule Obywatelskiej Naukowych Nagród “Polityki” oraz w Radzie Fundacji Feminoteka. Doktorat obroniła w Instytucie Kultury Polskiej UW.
Wokalistka punkowych zespołów. Prowadzi podcast Radio Sylwia.
Zdjęcie: Nowy Teatr





