Zimowe wyprawy bez nart

Olga Drenda
|
23 stycznia 2023
|
Przeczytasz w 3 min
Przeczytasz w 3 min
Przeczytasz w 3 min

O wyjątkowości styczniowych wycieczek i alternatywnym spędzaniu czasu wolnego (niekoniecznie na nartach i sankach) specjalnie dla nas pisze Olga Drenda.

Wraz z moim towarzyszem podróży dorobiliśmy się małej prywatnej tradycji – wycieczki z okazji Trzech Króli. Co roku wybieramy sobie inne miasto polskie; zaczęliśmy skromnie, bo od niedalekiego Żyrardowa (choć obfitego w atrakcje), za czym podążyły już miasta nieco dalsze i o statusie niegdyś wojewódzkim – Poznań, czyli trochę samograj, oraz tajemnicze Ostrołęka i Łomża. Mało oczywiste czy kuszące kierunki jak na zimową wyprawę? Być może, ale nigdy nie wciągnęło mnie narciarstwo ani nawet górskie wyprawy w śniegu. Piękne i pewnie ekscytujące, ale jakoś nie dla mnie, nie umiem cieszyć się zimą jak malamut (a one naprawdę bardzo się cieszą).

W styczniu najprzyjemniejsza jest cisza

Styczeń nie uchodzi za najbardziej przyjazny wycieczkom miesiąc. Krótkie dni, zamiast malowniczej bieli – częściej błoto pośniegowe, mgła i szaruga, do tego zimno. Esencja wszystkiego, czego można nie lubić w polskiej pogodzie. Lepiej pewnie kupić sobie bilet do odrobinę bardziej słonecznego kraju. Być może (kiedyś chciałabym spróbować), ale jakoś polubiłam te styczniowe wycieczki. Mają niełatwy urok, ale jedną zaletę. Wszyscy chowają się w domach i barach, więc prawdopodobieństwo, że ktoś wejdzie mi w kadr, maleje. Na wpół zmrożone jezioro, mokra od rozpuszczonego śniegu pożółkła łąka, bloki na prawie całkiem neutralnym tle albo w świetle ciepłego słońca, które szybko zbiera się do spania – wszystko to może być urocze na swój cichy, dyskretny sposób. W styczniu najprzyjemniejsza jest cisza. Dawno temu właśnie wtedy najchętniej zwiedzałam opuszczone obiekty, choć marzły mi dłonie – wiedziałam, że żaden młodziak nie wpadnie tu, żeby zabić wakacyjną nudę.

 

Oswajanie stycznia

Trzeba wyruszyć wcześnie, bo światła jest niedużo. Kupić coś ciepłego do picia na dworcu albo stacji benzynowej, do tego kanapkę, na którą zazwyczaj szkoda pieniędzy. Po wędrówce zjeść coś pożywnego, w końcu zimno i wysiłek trzeba jakoś zrównoważyć. A może to oswajanie stycznia to najmilsze doświadczenie?

Kiedy mieszkałam pod lasem, w zimowe dni biegałam z psem albo próbowałam jeździć na rowerze po zamarzniętej ziemi. Zwykle spotykałam tylko jedną osobę – starszego człowieka potężnej postury, niekojarzącej się z intensywnym sportem. Jeździł niezależnie od pory i pogody. Jesienią, gdy zbierałam jeżyny, pozdrawiał mnie „darz bór”, a zimą niespiesznie jechał sobie nad staw. Zazwyczaj panowała mglista pogoda, mokry chłód albo lekki mrozik. Nad stawem jednak panowała niemal doskonała cisza, dało się usłyszeć jedynie od czasu do czasu jakiegoś ptaka. Widocznie nie tylko ja lubiłam małe styczniowe wyprawy.

O autorce artykułu:

 

Olga Drenda – eseistka, dziennikarka i tłumaczka. Absolwentka etnologii i antropologii kultury na Uniwersytecie Jagiellońskim. Za książkę “Wyroby. Pomysłowość wokół nas” otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia 2019 oraz nominację do Paszportów Polityki 2018. Publikowała m.in. w Polityce, The Guardian, Dwutygodniku, Gazecie Magnetofonowej, Herito. Od września 2022 jest stałą felietonistką Tygodnika Powszechnego. Twórczyni profilu Duchologia, na którym publikuje archiwalne wydawnictwa, reklamy, bibeloty i inne produkty kultury popularnej.