Kulinarny raj – czy naprawdę istnieje?

Agata Stankiewicz
|
06 maja 2022
|
Przeczytasz w 5 min
Przeczytasz w 5 min
Przeczytasz w 5 min

Kto nie kocha podróżować? Ja każdą moją podróż planuję pod kątem jedzenia. Wiadomo – ludzie, widoki, kultura też są mocnym wyznacznikiem, ale co to za podróż bez pysznego jedzenia, które będzie towarzyszyło nam na każdym kroku?

Kierunek: Tajlandia

Tajlandia. W tym roku udało mi się odwiedzić ten kraj po raz drugi. Dlaczego? Uważam, że nigdzie indziej nie znajdziecie lepszego połączenia. Piękne dzikie plaże, fantastyczni ludzie, cudowne widoki, starożytne świątynie i zabytki, bogata kultura. A to wszystko okraszone lokalnym, niepowtarzalnym, tanim jedzeniem.

Tajlandia od kuchni

Podczas tych podróży nauczyłam się jednej ważnej rzeczy. Tajowie bardzo dużą uwagę przykładają do tego, aby każde danie było przygotowane ze świeżych składników. My znamy mleko kokosowe w puszce, oni je robią na świeżo, z kokosa zerwanego z drzewa. Znamy też gotową pastę curry, oni przygotowują ją ze świeżych składników. W tym roku byliśmy w Tajlandii, którą naprawdę mocno dotknęła pandemia. Było to zupełnie inne miejsce, które widzieliśmy 4 lata temu. Zero turystów, wiele lokali pozamykanych lub do wynajęcia. Jest jedna sytuacja, której nie zapomnę do końca życia. Weszliśmy do przydrożnego baru, uwiódł nas zapach. Był pusty, a jedyne osoby, które jadły w tym czasie to pracownicy tego miejsca. Nie wiem jak to jest, ale często będąc w Azji, najwspanialsze miejsca odkrywam podążając za zapachem i przeczuciem, że to właśnie tu będzie pysznie. Zamówiliśmy większość pozycji z karty. Okazało się, że przez brak gości brakowało im składników. W większości miejsc na świecie usłyszelibyśmy, że bardzo im przykro, ale te pozycje niestety nie są dostępne. Właściciel baru wsiadł na skuter i pojechał dla nas po świeże owoce morza, szpinak wodny i papaję. Właśnie tam zjedliśmy jedną z lepszych zup Tom Kha i idealne morning glory.

Co zjeść będąc w Tajlandii?

Khao Soi. Ikoniczna zupa północnej Tajlandii, ale z powodzeniem można też ją zjeść w Bangkoku. Będąc w Chiang Mai jadłam ją codziennie. Zupa, która jest moim numerem jeden i powoduje ciarki na całym ciele. W tłumaczeniu oznacza tęsknotę i uwierzcie mi, po jej zjedzeniu, będziecie tęsknić za nią cały czas. Pełna aromatu baza połączona z dwoma rodzajami makaronów. Gotowanym i smażonym na głębokim tłuszczu. Podawana z piklowanym musztardowcem (zawsze prosiliśmy o więcej!), szalotką, limonką i chili.

Tom Yum. To zupa która łączy w sobie wszystkie smaki. Kwaśny, słodki, ostry i słony. To wszystko dzięki trawie cytrynowej, galangalowi, dużej dawce imbiru, liściom limonki kaffir i sporej ilości sosu rybnego. Zawsze zadziwia mnie złożoność tej zupy. Jedząc ją w Tajlandii dostajesz ogromną miskę i na pierwszy rzut oka myślisz sobie, że nie dasz rady jej zjeść. Gdy wchodzisz w nią głębiej, okrywasz, że wcale nie będzie tak trudno, ponieważ połowa miski jest wypełniona świeżymi ziołami i przyprawami. Żadne danie nie gasi pragnienia tak jak właśnie ona.

Pad Thai. Kto nie kocha tego makaronu? Mój najlepszy Pad thai kosztował 7 zł, a jego przygotowanie zajmuje u nich 3 minuty. Ryżowy makaron, w słodko-kwaśnosłonym sosie na bazie sosu rybnego, z tamaryndowcem i cukrem palmowym. Zasmażany z jajkiem, oblepiony chrupiącymi orzeszkami, polany sokiem z limonki, podany z kiełkami mung, płatkami chili i kolendrą

Som tam. Najpopularniejsza tajska sałatka ze świeżą papają, suszonymi krewetkami i ogromną ilością soku z limonki. Jest przyjemnie ostra, dla niektórych za ostra, ale zielona papaja i limonka idealnie to równoważą. Cudownie świeża i
chrupiąca.

Morning Glory. Bardzo proste danie, a raczej przystawka lub dodatek do innych tajskich dań, które mogłabym jeść bez końca. W Polsce ciężko dostępne danie, ze względu na problem z dostępnością szpinaku wodnego, który jest sercem tego dania. Idealnie chrupiący szpinak z ogromną ilością czosnku, sosu rybnego i chili. Nie możecie powiedzieć, że byliście w Tajlandii, jeśli nie spróbwaliście tego dania.

Mango Sticky rice. Najpopularniejszy tajski deser. Uwierzcie mi, jako ta „deserowa” osoba, zjadłam u nich prawie wszystkie desery. Uważam, że Tajowie nie potrafią w desery, czego kompletnie nie rozumiem. Mają ogromny dostęp do fantastycznych owoców, a totalnie nie potrafią tego wykorzystać. Wyjątkiem jest właśnie słynny deser z mango. Tak dojrzałego, słodkiego i aromatycznego mango nie zjecie nigdzie indziej na świecie. Do tego słony, kleisty ryż w zalewie z mleka kokosowego. Czy to jest deser, który jadłam tam każdego dnia? Myślę, że się domyślacie, że tak. Słodkie mango, przełamane słonością ryżu, tańczy ogniste tango na kubkach smakowych.

O tajskim jedzeniu mogłabym rozmawiać godzinami. Pad krapow, zielone/ czerwone/żółte curry, świeże owoce morza i wiele innych. Ale co nam po gadaniu, musicie spróbować tej kuchni na miejscu!

O autorce artykułu:

Agata Stankiewicz jest finalistką “Bake Off Ale Ciacho”, autorką książek pełnych słodkich wypieków, cukierniczą life-hackerką, która świetnie radzi sobie także w świecie kosmetologii. Na swoim Instagramie @sugar.ladyyy pokazuje słodszą stronę życia. W tym roku jest jurorką konkursu #Lifespiration Starts Here.